Są takie momenty, kiedy klienci przychodzą na szkolenia stacjonarne i mówią to samo, prawie jednym głosem:
„Proszę, błagam, zróbmy moduł z tabelami. Męczę się z tym od lat”.
Za każdym razem widzę w ich oczach ten dobrze znany miks uczuć — frustrację, zmęczenie, nadzieję, że ktoś w końcu powie im, co zrobić, by tabele przestały rządzić nimi, a zaczęły działać tak, jak chcą.
Ilekroć to słyszę, mam przed oczami jedną historię.
Zimowy, mroźny wieczór. Powietrze szczypiące w policzki. Ja, jadąca na rowerze, bo muszę zdążyć odprowadzić synka na zajęcia, wrócić i usiąść do projektu, który wybuchł w rękach mojej klientki, mądrej pani mecenas, która w pewnym momencie szeptem przyznała, że „musi uwolnić się od tego projektu i skorzystać z masażu, bo ten raport i te tabelki wypiły z niej życie”.
A ja… gdzieś pomiędzy jednym mignięciem latarni a skrzypiącym śniegiem pod kołami, czułam to samo.
Że komputer potrafi wysysać człowieka od środka.
Że zabiera nam dzień po kawałku.
Że zostajemy przy nim zgarbieni, z suchymi oczami, gdy na zewnątrz właśnie dzieje się życie: zachód słońca jak płynne złoto, liście tańczące na wietrze, ciepło, które mogłoby nas choć trochę ogrzać.
A my?
Zamiast tego toczymy wojnę z tabelą, która znowu się rozjechała.
Tej nocy pracowałam nad szablonem, który potrafił rozłożyć całą kancelarię na łopatki. Kolumny żyły własnym życiem. Wiersze skakały jak kangury. A pani mecenas była o włos od tego, by zapłakać nad dokumentem, który miał trafić do klienta nazajutrz.
Weszłam więc w rolę… wróżki.
Po cichu.
Z delikatnością.
Poprawiając, dopasowując, wyciągając z tego dokumentu to, co w nim najlepsze i w szablonie, i w treści.
Wtedy zrozumiałam jeszcze mocniej coś, co towarzyszy mi od lat:
Ludzie nie męczą się tabelami. Ludzie męczą się tym, że komputer zabiera im energię, czas i kawałek życia.
Technologie są cudowne, ale bez umiejętności — robią z nas niewolników.
Wiem to, bo obserwuję to codziennie.
Jestem trenerem IT, tworzę szablony, ratuję dokumenty, naprawiam to, co się rozsypało, nagrywam lekcje, piszę newslettery, dzielę się protipami — i czasem sama czuję, że odchodząc od monitora… jestem jak wypluta.
Komputer tylko bierze.
Człowiek człowiekowi daje.
Prosta, piękna wymiana energii, której w świecie cyfrowym tak bardzo brakuje.
Pracując z grupami przez lata, widzę jeszcze jedno, że większość z nas jest przeciążona.
Przytłoczona informacjami.
Uwikłana w rolę Ratownika, który musi wszystkim pomóc, bo inaczej będzie „źle”.
A ja chciałabym krzyczeć głośno:
Masz prawo do lekkości. Masz prawo oddychać. Masz prawo nie walczyć z Wordem.
I może właśnie dlatego moduły o tabelach są tym, o co proszą najczęściej.
Bo nie chodzi tylko o formatowanie.
Chodzi o odzyskanie kawałka siebie.
I czasem naprawdę czasem pojawia się w życiu taki moment, że wiedza przychodzi do nas niespodziewanie.
Nagle. Znikąd.
Jak zapalone światło w ciemnym pokoju.
Dla niektórych takim momentem jest Black Friday.
Bo kiedy jesteś w czarnej dziurze, to… czarny piątek przestaje być tylko wydarzeniem zakupowym.
Staje się szansą.
Pozdrawiam
Beata – Trenerka IT


